Z plecakiem po Beskidach cz. 1

Skalanka – czyli jak się zaczęło

Moja pierwsza ambitna wyprawa pt.: „w górach pod namiotem” miała miejsce w Beskidzie Żywieckim. Wybrałam się tam z Agnieszką, moją bardzo odjazdową koleżanką z Katowic. Aga posiada m.in. wykształcenie gastronomiczne i muszę stwierdzić, że obecność na wyprawie osoby z tego rodzaju doświadczeniem jest bardzo wskazana. Aga od samego początku zaczęła troszczyć się o nasze żołądki. zakupując pudełko kaszki kuskus. W domu przygotowała też wcześniej zupę pomidorową, którą umieściła w bardzo praktycznym turystycznym pojemniku, a mianowicie w szklanej butelce po mleku (jeśli pamiętacie jeszcze taki wynalazek). Butelkę umieściła w gustownej reklamówce i tak wyposażone wyruszyłyśmy w naszą podróż.

Z Katowic pojechałyśmy pociągiem osobowym do Zwardonia, gdzie zamierzałyśmy przenocować i następnego dnia wyruszyć w góry. Kiedy dojechałyśmy na miejsce zaczęło się cokolwiek zmierzchać i zdecydowałyśmy, że namiot (mój nowy nabytek) przetestujemy na kolejnym noclegu (później się okazało, że nie był to najlepszy pomysł). Najpierw chciałyśmy zanocować w Schronisku PTTK w Zwardoniu, ale „hotelowe” ceny nie nastawiły nas pozytywnie do tego pomysłu. Postanowiłyśmy więc podreptać do schroniska studenckiego Skalanka, które co prawda nie znajdowało się daleko (30 minut drogi), ale:

  • po pierwsze – była to droga pod górkę
  • po drugie – plecaki stanowiły „drobne” obciążenie
  • po trzecie – Aga wciąż niosła reklamówkę z zupą pomidorową
  • po czwarte – diabli wiedzą gdzie było to schronisko, bo chociaż znalazłam w plecaku mapę okolic, to nie mogłam znaleźć latarki (harcerka!)
  • po piąte – na szczęście (?) spotkałyśmy dwóch kolesi, którzy też szli na Skalankę i podobno znali drogę.

Kolesie turystami zdecydowanie nie byli, plecaków nie mieli i zasuwali na górę jak odrzutowce, w przeciwieństwie do nas. Próbowałyśmy dzielnie dorównać im kroku, ale nasze płuca zostały jakieś 50 metrów z tyłu. Jakoś nie zaproponowali swojej pomocy odnośnie naszych bagaży. Może to dlatego, że w nocy nasza niewątpliwa uroda nie była na tyle widoczna, żeby obudzić w nich odruch tzw. dżentelmena. Chociaż z drugiej strony może to dobrze, że było ciemno. Agnieszka (pomimo bardzo łagodnego charakteru) nosi kolczyk w nosie, mogli się w ogóle nie zatrzymać…

Po bardzo długim czasie (przynajmniej z naszego punktu widzenia) kolesie zatrzymali się niepewnie twierdząc, że schronisko gdzieś tu musi być. Po czym wyciągnęli zza pazuchy flaszkę i dwa kieliszki (słownie: dwa kieliszki) i dokonali tzw. konsumpcji, w której zdecydowanie odmówiłyśmy udziału. Poinformowali nas przy okazji, że w Skalance jest impreza, i że gdyby ktoś pytał, to oni nie mają żadnego alkoholu. No dobra!

Właściwie z tego miejsca było już słychać odgłosy wspomnianej imprezy i do schroniska trafiłyśmy z łatwością. Faktycznie się działo., Nie pamiętam już jak w tym zamieszaniu znalazłyśmy kogoś z „obsługi”, ale pamiętam jak próbowałam zasnąć. Aga spała gdzieś przy ścianie, a ja miałam pryczę z widokiem na imprezę, czyli koło okna. Przyznam się szczerze, że widok odjazdowców nie robi na mnie szczególnego wrażenia, ale tym razem miałam w oczach lekkie przerażenie. Dwa krótkie słowa: chaos i hałas. Ale ponieważ zdarzało mi się już zasypiać w takich warunkach (np. w czasie koncertu grupy metalowej w Jarocinie), to miałam nadzieję, że i tym razem jakoś będzie. Na wszelki wypadek zasypiałam z plecakiem pod głową, bo nie wiedziałam co będzie jak się obudzę, jeśli w ogóle się obudzę. To znaczy czy uda mi sie zasnąć, gdyż jest to czynność niezbędna do tego, aby się obudzić.

Co chwilę ktoś zapalał w pokoju światło, po czym wychodził i go nie gasił, o czym nie omieszkałam go poinformować gromkim okrzykiem, bo innego mógł nie usłyszeć. Kiedy światło już zgasło, to ktoś inny z kolei wchodził (by nie rzec – wpadał albo wskakiwał) przez okno, co również wyprowadzało mnie z równowagi, W końcu pozwoliłam sobie te niespokojne dusze nawyzywać od (cytuję) „głupich ćwoków”, co w końcu uaktywniło „obsługę” schroniska i przyniosło w efekcie trochę spokoju. Wreszcie mogłam zasnąć snem sprawiedliwym z nadzieją, że jednak rano się obudzę…