Z plecakiem po Beskidach cz. 2

Na Przegibku

Bladym świtem (tzn. nieco zachmurzonym) starałyśmy się (ja i Agnieszka) jak najwcześniej opuścić niefortunne schronisko. Jednak zgodnie z porzekadłem „Śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem, a kolację oddaj wrogowi” postanowiłyśmy najpierw zadbać o nasze żołądki i jednocześnie uwolnić się od zupy pomidorowej (transportowanej w szklanej butelce po mleku). Potykając się o butelki po piwie dotarłyśmy do kuchni, gdzie okazało się jednak, że nie jesteśmy pierwsze. Jakieś niedobitki wczorajszej imprezy, które chyba jeszcze nie zdążyły pójść spać okazywały pewne zainteresowanie naszą obecnością. Na wszelki wypadek wolałam nie dogotować ryżu i szybko stamtąd czmychnąć. Śniadanie zjadłyśmy na werandzie w towarzystwie butelek po piwie i jakiegoś miejscowego kundelka, który nie wiadomo skąd się wziął.

Kiedy wreszcie ruszyłyśmy w drogę niebo ciągle było lekko zachmurzone, co na razie nie budziło naszego niepokoju (a powinno!!!!!). Po drodze niedaleko Skalanki minęłyśmy kapliczkę ze świątkiem, niesamowicie ustrojoną kwiatami. Nieco dalej na łące wypatrzyłyśmy mieczyka dachówkowatego. Jest to bardzo ładny różowy kwiatek podobny zresztą do mieczyka, którego można kupić w kwiaciarni, ale nieco drobniejszy. Znajduje się pod ścisłą ochroną gatunkową i nie można go zrywać.

Dalsza trasa nie obfitowała w jakieś szczególne niespodzianki. Po drodze robiłyśmy częste przerwy, głównie na obżeranie się jagodami. Czasem na takim postoju (czytaj: popasie) dało się słyszeć „podejrzane” szmery w krzakach. Zawsze miałam obawy, że to niedźwiedź (to uprzedzenie po wyjazdach w Tatry…). Na szczęście zawsze okazywało się, że to tylko jagodziarze, którzy specjalnymi grabkami ogołacali krzaczki jagód zarówno z owoców jak i z liści…

Kiedy doczłapałyśmy do schroniska „Na Wielkiej Raczy” postanowiłyśmy, że kolacji jednak nie oddamy wrogowi. Po, nazwijmy to, obfitym posiłku zeszłyśmy na dół do Roztoki na nocleg. Bynajmniej nie dlatego, że miałyśmy jakieś uprzedzenia do schronisk. Skądże znowu! Stwierdziłyśmy, że najwyższy czas przetestować nasz ?kosmiczny? (z wyglądu) namiot. Jakie było nasze zdziwienie, gdy na dole spotkałyśmy kundelka, który jeszcze rano towarzyszył nam przy śniadaniu na Skalance. Chyba znał drogę na skróty…

Namiot rozbiłyśmy na tzw. polu. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zaczął padać deszcz i to taka lepsza ulewa. Aga wypatrzyła w pobliżu znajomego kundelka i zawołała go do namiotu, żeby nie mókł na deszczu. Kundelek z zaproszenia skorzystał bardzo szybko. Niestety, z kąpielą się chyba dawno nie spotkał, a w dodatku po paru minutach jego sierść była prawie wszędzie. I tak sobie mokliśmy we trójkę, a w namiocie wszystko zaczynało powoli pływać…

Następnego dnia rano padało cały czas. Spakowałyśmy więc mokry namiot i mokre śpiwory i (mokre) poczłapałyśmy do najbliższego schroniska Na Przegibku.

Teraz będzie dygresja. Mam w domu znaczek, na którym widnieje właśnie schronisko Na Przegibku. Mam go od lat. Znaczek jak znaczek – metalowy z wizerunkiem schroniska i ładnej pogody w tle. Ile razy na niego spojrzę, to zawsze marzą mi się gorące, leniwe wakacje. Nigdy nie przypuszczałam, że moje pierwsze spotkanie z tym schroniskiem odbędzie się w zupełnie odmiennych „okolicznościach przyrody”… Ale za to do końca naszej włóczęgi po górach pogoda była taka, jaką chciałby mieć każdy kto wędruje po górach…