Z plecakiem po Beskidach cz. 3

Nierówno pod sufitem (Hala Górowa)

Nasza wędrówka (moja i Agnieszki), która rozpoczęła się na Skalance i trwała ponad tydzień zakończyła się w Zawoi. Ale zanim tam dotarłyśmy czekały nas jeszcze dwa interesujące noclegi. Właściwie, tak się teraz zastanawiam, jak to jest? Człowiek przewędruje tyle kilometrów i zamiast w nocy odpocząć, to ciągle czepiają się go jakieś przygody: a to impreza w schronisku, a to ulewa, a to znowu ktoś się dobiera do naszych zapasów…

Pierwszy nocleg miał miejsce na Hali Górowej w studenckiej bazie namiotowej. Bardzo się dziwiłyśmy, że wszyscy wieszają tam jedzenie pod sufitem (to nie o ten sufit chodzi w tytule). Okazało się, że w bazie są myszy i jest to na razie jedyny skuteczny sposób, żeby się im nie dać (a raczej nie dać im jedzenia).

W bazie skorzystałyśmy z rozstawionych już namiotów, NS-ów (o ile dobrze pamiętam). Później przyszedł czas na kąpiel pod chmurką, chociaż deszcz wcale nie padał. Kilkanaście metrów od bazy, w lesie stał prysznic. Cztery ścianki, bateria prysznicowa i zamiast sufitu niebo. Świetny pomysł.

Na noc postanowiłyśmy również zabezpieczyć nasze jedzenie. Jednak doszłyśmy do wniosku, że jeśli je zapakujemy w dwie reklamówki, to wystarczy. Na wszelki wypadek Aga zgromadziła na swojej kanadyjce zapas szyszek, żeby w razie konieczności wypłoszyć szkodnika…

Szkodnik objawił się bardzo szybko i zaczął szeleścić w naszych reklamówkach z jedzeniem. Aga pastwiła na psychologię. Wymyśliła, że myszy boją się węży i jeśli będziemy syczeć jak wąż, to mysza na pewno ucieknie. Mysza chwilę podumała nad naszym pomysłem i z powrotem zabrała się do konsumpcji. Sięgnęłyśmy więc po argument w postaci szyszek, które niestety szybko się skończyły. Stwierdziłyśmy, że po nocy szyszek nie będziemy szukać, więc musiałyśmy dać za wygraną. Mysza nie dała się przegonić i znów przyssała się do naszego jedzenia. Zastanawiałyśmy się tylko, czy zostawi nam coś na śniadanie…

Rano oszacowałyśmy straty. Okazało się że mysza na szczęście wgryzła nam się tylko w żółty ser. Jakoś nie miałyśmy ochoty po niej kończyć…

W drodze do Korbielowa zahaczyłyśmy o schronisko Na Hali Miziowej pod Pilskiem. Nogi się pode mną ugięły, gdy zobaczyłam w środku wazon z bukietem …tojadów mocnych. Tojad mocny jest rośliną chronioną, nie wolno go zrywać. A tutaj cały bukiet. No cóż, podobno kierowniczka schroniska miała imieniny.

Następny nocleg miał miejsce w miejscowości Krzyżówki. Znowu rozbiłyśmy nasz namiot na polu i już po chwili wyczaiłam, że stanowimy tam co najmniej sensację, która objawiała się podglądaniem nas przez małoletnich tubylców. Nie pamiętam jakich argumentów użyłam, ale udało mi się zebrać całą gromadkę koło namiotu. Z dzieciakami dogadałyśmy się bardzo szybko do tego stopnia, że wieczorem zaprosiły nas na ognisko i pieczenie ziemniaków. Było wesoło, a nawet kulturalnie. Dzieci mówiły do nas „proszę pani” i za Chiny nie dały się przekonać, żeby zwracać się do nas po imieniu. Jeden tylko koleżka próbował nas swatać z jakimś Ziutkiem, który jeździ traktorem, ale to był słaby argument. Żeby chociaż kombajnem, nie?

Rankiem pożegnałyśmy się z miłą wioską i powędrowałyśmy do Zawoi. Niektórzy napotkani mieszkańcy łapali się za głowę, gdy słyszeli dokąd idziemy. Po drodze zrobiłyśmy sobie zdjęcie z krową. Z lekką obawą, bo to w końcu rogate stworzenie i humory miewa. A tak naprawdę wcale nie wiadomo, czy nie okaże się bykiem. Właścicielka krowy spytała Agnieszkę czemu nosi kolczyk w nosie? Trudno taką „ekstrawagancję” wytłumaczyć starszej pani, która w dodatku trzyma w ręku siekierę. Dlatego Agnieszka trochę z przymrużeniem oka odpowiedziała: „Bo wie pani, jak ktoś ma nierówno pod sufitem, to nosi kolczyk w nosie”;-)

Do Zawoi doszłyśmy późnym popołudniem. Postanowiłyśmy rozbić namiot również w studenckiej bazie namiotowej. Spytałyśmy o drogę napotkaną panią, która nam wytłumaczyła jak tam trafić: „Musicie iść prosto, a później skręcić na wprost” i machnęła nam ręką przed siebie. Trochę skomplikowana wydała nam się ta wskazówka, zwłaszcza gdy stanęłyśmy na rozdrożu. Drogę wybrałyśmy intuicyjnie. Szłyśmy nią dosyć długo (Zawoja to jedna z najdłuższych miejscowości w Polsce). Ale jak to mówi ludowe przysłowie, że mądry ma zawsze szczęście – trafiłyśmy.