Z plecakiem po Beskidach cz. 4

Zawoja

W Zawoi nocowałyśmy w studenckiej bazie namiotowej. Było to niesamowicie spokojne miejsce. Nawet nie pamiętam, czy ktoś tam wtedy nocował, co jest nie do pomyślenia np. na polach namiotowych nad morzem. Dlatego miło wspominam to miejsce i dlatego przyjechałam tam jeszcze w następnym roku.

W bazie poznałyśmy niejakiego Mariusza, który był krewnym (albo nawet bliższą rodziną) osób opiekujących się polem namiotowym. Mariusz uczył nas zbierać grzyby, a ja uczyłam go grać na gitarze. Grzybobranie wyglądało następująco (od razu zaznaczam, że z grzybów odróżniam tylko muchomora, jeśli go przypadkiem znajdę). Mariusz wyznaczał kwadrat metr na metr, w którym to kwadracie najczęściej rosły grzyby. Następnie ja zbierałam się do szukania grzyba i znajdowałam go bardzo szybko. W ten sposób stałyśmy się z Agnieszką szczęśliwymi posiadaczkami dwóch koźlarzy, które następnie skonsumowałyśmy, po przyrządzeniu ich przez Agnieszkę.

Agnieszka zresztą miała okazję wykazać się w jeszcze inny sposób. Przyjechał człowiek, który zaczął na polu kosić trawę – kosą. No i Agnieszka koniecznie chciała zobaczyć jak to jest. I zobaczyła. Nie kosiła co prawda długo, bo faceci chyba jednak nie przepadają za widokiem kobiety z kosą (tak samo jak za kobietą za kierownicą)…

Rok później na tym samym polu namiotowym poznałyśmy gościa, który podsunął nam sprawdzony pomysł na ciekawe spędzenie dnia: wschód słońca na Babiej Górze, a zachód nad morzem. Jak na razie udało mi się obejrzeć zachód słońca nad morzem i wdrapać się na Babią Górę, i zapewniam, że nie było to w tym samym dniu…